z Joanną Kos-Krauze rozmawia Grzegorz Wojtowicz
Grzegorz Wojtowicz: Wszystkie wasze filmy są bardzo mocno osadzone w rzeczywistości. Co sprawia, że dana historia zostaje przez was uznana za wartą zainteresowania?
Joanna Kos-Krauze: Zawsze szukamy z Krzysztofem historii czy też postaci, która robi na nas wrażenie i jest w stanie nas poruszyć. Wychodzimy z założenia, że skoro historia ta tak mocno działa na nas, to w podobny sposób oddziaływać będzie na widzów.
Czy praca nad historią, której bohaterowie żyją, wymaga jakiegoś szczególnego podejścia?
Tego typu sytuacja niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo, szczególnie jeśli bardzo zależy nam na dbałości o fakty. Mamy wprawdzie dostąp do informacji z pierwszej ręki, ale jednocześnie musimy pamiętać, że każdy, kto ma świadomość, że powstaje o nim film będzie przejawiał tendencje do koloryzowania i idealizowania swojej postaci. Ten proces nasila się wraz z wiekiem. Dlatego my zazwyczaj staramy się uwolnić od zbyt bliskich relacji z pierwowzorem naszego bohatera. Z jego historii bierzemy to co jest naprawdę niezbędne, a następnie próbujemy to przepuścić przez naszą wrażliwość.
Pracujecie nad swoimi projektami we dwójkę. Nie macie problemów z osiągnięciem artystycznego kompromisu?
Lata bezkonfliktowej współpracy zawdzięczamy jednej cesze: nie przywiązujemy się do własnych pomysłów. Jeśli jedno z nas mówi: ta scena ci nie wyszła, to drugie się nie obraża, tylko próbuje udoskonalić napisany przez siebie fragment. Mamy świadomość, że pisanie scenariusza polega na skreślaniu. Pisanie w parze, a co za tym idzie możliwość natychmiastowej weryfikacji wymyślonego rozwiązania daje duży komfort i jednocześnie stanowi namiastka zespołu filmowego.
W przypadku "Placu Zbawiciela" zdecydowaliście się pracować nad scenariusze wspólnie z aktorami. Jak wspominasz to doświadczenie?
Przystąpiliśmy do tego projektu z myślą o Jowicie Budnik, uważając ją za jedną z najwybitniejszych aktorek swojego pokolenia. Kiedy obsadziliśmy pozostałe główne role (Arkadiusz Janiczek, Ewa Wencel) zaprosiliśmy aktorów na spotkanie podczas którego powiedzieliśmy im, że chcemy pracować nad scenariuszem metodą Mike Leigh, czyli z ich udziałem. Ze względu na oczywiste ograniczenia – w polskich warunkach żaden aktor nie jest w stanie wyłączyć się na miesiąc czy dwa, aby skupić się wyłącznie na pracy nad scenariuszem – musieliśmy się posługiwać nieco uproszczoną metodą Mike Leigh. Powiedzieliśmy aktorom, że mamy zarys scenariusza i z ich pomocą musimy go wypełnić. Na naszą prośbę odtwórcy głównych ról przygotowali na przykład rozbudowane biogramy swoich postaci. Scenariusz powstawał podczas wspólnych spotkań i dziesiątków godzin rozmów. Samym pisaniem zajmowałam się ja wspólnie z Krzysztofem, ale udział aktorów w stworzeniu tej historii był bardzo duży.
Ponieważ zajmujecie się głównie tematami, które biorą swój początek w autentycznej historii musieliście stawać wielokrotnie przed dylematem: trzymać się faktów, czy dbać o atrakcyjność filmu?
Gdyby się zastanowić, to tych wszystkich faktów w "Długu", "Moim Nikiforze" czy "Placu Zbawiciela" było zaledwie kilka. Moim zdaniem chodzi przede wszystkim o to żeby całość była wiarygodna psychologicznie. W tym sensie, że musi dziać na emocja widza. Musi przykuwać jego uwagę, denerwować, zaciekawiać. Dlatego zawsze będę rzeczniczką postawy: fakty są nieważne, to się ma oglądać.
Czy warto w takim razie poświęcać czas na skrupulatną dokumentację?
Absolutnie tak. Brak dokumentacji jest bardzo dobrze wyczuwalny. Jeśli biorę do ręki scenariusz to jego autor musi mnie przekonać, że wie na temat o którym pisze znacznie więcej niż ja, musi mnie czymś zaskoczyć. Nawet jeśli jest to historia rozgrywająca się w zakładzie fryzjerskim, to rzetelnie przeprowadzoną dokumentację widać w zachowaniu postaci, w języku jakim się posługują, itd. W przypadku "Mojego Nikifora" dokumentacja trwała cztery lata. W pewnym momencie staliśmy się prawdziwymi ekspertami od polskiej sztuki naiwnej. Teraz, w związku z rwandyjskim projektem "Ptaki śpiewają w Kigali" (główny bohater jest ornitologiem) zgłębiamy zwyczaje sokoła wędrownego. Scenarzyści bezwzględnie powinni pogłębiać swoją wiedzę w obszarach, którymi się zajmują. Takie wnikliwe przyjrzenie się tematowi może zwrócić naszą uwagę na jego nowe aspekty, a co za tym idzie pozwolić uciec od schematycznych rozwiązań.
Taka dokumentacja jest jednak często kosztowna i czasochłonna...
Niestety to prawda. Nam samym zdarzało się, że producent nie chciał uznać faktury za książkę czy ściągnięcie archiwalnych materiałów potrzebnych do pracy nad scenariuszem. Nie mówiąc już o zatrudnieniu na przykład researchera. Należy pamiętać o tym, że niedofinansowanie projektów scenariuszowych źle wpływa na ich jakość.
Ten brak dbałości o jakość przejawia się także często w kierowanie do produkcji niedopracowanych wersji scenariusza. Dlaczego tak się dzieje?
Powód jest banalny – pieniądze. Trudno wymagać od zawodowego scenarzysty żeby pisał kilkanaście wersji swojego tekstu w sytuacji w której nie można mu zaoferować atrakcyjnego wynagrodzenia. Takim poświęceniem może wykazać się tylko reżyser, któremu zależy na powstaniu filmu. Sytuacja ta się nie zmieni dopóki producenci nie zaczną przeznaczać na pracę nad scenariuszem znacznie większych pieniędzy. Współpracowaliśmy z kilkoma współscenarzystami i ta współpraca kończyła się zwykle przy drugiej wersji scenariusza. O pisaniu kolejnych wersji nie było już mowy. Jak w takich warunkach zachęcić scenarzystę żeby był obecny na planie i pomagał dopieszczać dialogi? Zatrważająca prawda jest taka, że profesja, której wytwory stanowią fundament dzieła filmowego jest chyba najbardziej zaniedbaną grupą zawodową w polskim przemyśle filmowym.
Jeśli po przeczytaniu tego ostatniego zdania znajdzie się jeszcze jakiś desperat, który będzie chciał zadebiutować jako scenarzysta, to gdzie twoim zdaniem powinien szukać wsparcia dla swojego projektu?
Przy takim rynku producenckim jaki mamy w Polsce – prawdziwych producentów, którzy potrafią rozpoznać dobry scenariusz można policzyć na palcach jednej ręki – scenarzysta powinien znaleźć reżysera, który zakocha się w projekcie i będzie miał determinację żeby znaleźć środki na jego realizację. Innym sposobem, który powoli zaczyna być u nas coraz bardziej popularny jest zainteresowanie naszym scenariuszem jakiejś aktorskiej gwiazdy. Mając gwarancję udziału znanego aktora dużo łatwiej jest taki scenariusz sprzedać. Przy pisaniu pod konkretną osobę warto pamiętać o tym, że bardzo ciekawe efekty daje obsadzanie aktorów wbrew ich wizerunkowi.
Jakich tematów brakuje ci w powstających obecnie scenariuszach?
Zastanawiam się dlaczego tak rzadko powstają scenariusze będące adaptacjami współczesnej literatury. Wydaje mi się, że należy dość szybko zrealizować film na podstawie "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa. Jeśli my tego nie zrobimy, to z pewnością zabiorą się za to Amerykanie, a wtedy będziemy mieli problem z przedstawieniem swoich racji. Inną książką, którą moim zdaniem warto się zainteresować jest z pewnością "Lubiewo" Michała Witkowskiego. Szukając tematów na scenariusz należy premiować te o uniwersalnym charakterze, które dadzą szansę zrealizowanym na ich podstawie filmom na dystrybucję międzynarodową.






